Podsumowanie 2007 2

Posted by Imperator Drogomir Thu, 17 Jan 2008 23:00:00 GMT

Rok się zmienił jakiś czas temu, można powiedzieć nawet, że całkiem niedawno. Noszę się z zamiarem (a właściwie jestem lekko naciskany) napisania takiej notki od jakiegoś czasu i wreszcie czas i chęci zgrały się ze sobą pozwalając mi na pisanie.

Sporo rzeczy się zmieniło… Właściwie to tak można by zaczynać każdy wpis po nowym roku, bo trudno, żeby w życiu człowieka nic się nie zmieniło przez cały rok. Chyba, że ktoś ma życie bogate w wydarzenia tak jak komentarze na onecie są bogate w inteligentne wypowiedzi.

Rzuciłem studia. Bardzo mi z tym dobrze, prawdopodobnie skończę jakąś uczelnię, ale na pewno nie państwową i na pewno nie dziennie. Za dużo straconego czasu. Żałuję tylko, że nie zrobiłem tego wcześniej. Jakby nie patrzeć 2 lata są w moim mniemaniu stracone – przez ten czas mogłem sie informatycznie dużo bardziej rozwinąć. W czasie studiów rozwinąłem się być może jeżeli chodzi o elektronikę, fizykę czy matematykę, ale na pewno nie informatykę. Oczywiście taka wiedza przyda się niektórym ludziom, ale wcale nie chcę być elektronikiem, matematykiem, albo fizykiem. Duża liczba informatyków twierdzi, że programiści po liceum powinni do 25 roku życia zajmować się tylko programowaniem, a dopiero później myśleć o nauce innych rzeczy… w pełni się z nimi zgadzam. I żeby nie było. Uważam, że niektóre gałęzie matematyki powinno się poznać dla rozwinięcia umysłu (analiza – myślenie analityczne), a niektóre gałęzie po prostu przydają się w programowaniu (matematyka dyskretna, logika, podstawy statystyki, gdzieniegdzie algebra). Chodzi o proporcje. I dlaczego większość ludzi odpada na analizie, elektronice, fizyce? A zostają ludzie, którzy wkują te przedmioty, a programują gorzej niż ja w gimnazjum…

Odkryłem Slot Art Festival. Festiwal, na którym w jednym miejscu zbiera się bardzo duża ilość interesujących ludzi, a oprócz leżenia tyłkiem do góry (lub do dołu, zależnie od preferencji) można się czegoś nowego nauczyć na jednym z ponad 100 warsztatów, albo posłuchać fajnych zespołów na wieczornych koncertach, czy przejść do jednej z miejscówek z muzyką klubową albo reggae. Na slocie znalazłem coś czego bym się nigdy nie spodziewał. Człowiek jedzie na taki event i myśli sobie: pojadę, odejdę od monitora, złapię trochę słońca, niech ludzie pomyślą, że jestem normalny, a później znowu będę siedział 15 godzin dziennie przed kompem. A jednak coś się zmieniło. A właściwie znalazła się osoba, która coś zmieniła. I to nawet bardzo dużo zmieniła. Życie i myślenie przewróciła do góry nogami. Całkiem fajne to ;-)

Przez całe prawie wakacje (od początku lipca, do października) mieszkałem w Rybniku. Fajnie było. Spokojnie, czysto, ludzie jacyś tacy mili, można chodzić po osiedlach po 22 bez strachu o zdrowie i życie. Można usłyszeć gwarę śląską ;-) Ostatnimi czasy dosyć często jestem we Wrocławiu i okolicach i wrażenia są podobne. Nie wiem czy to kwestia tego, że jest inaczej, może po prostu potrzebuję jakichś zmian. A Warszawa jest dla mnie jakaś taka… nijaka… przy Wrocku i okolicach. A może to kwestia powodu, dla którego pojawiam się na śląsku co jakieś 2 tygodnie (czasami częściej, czasami rzadziej)? Podobno “tam dom twój gdzie serce twoje”. Nigdy nie lubiłem tego typu sentencji, ale trudno mi się z nią aktualnie nie zgodzić.

A dlaczego przez całe prawie wakacje mieszkałem w Rybniku? Otóż nie żeby wypocząć (nie… no chyba nie myśleliście, że wyjeżdżam na 3 miesiące na górny śląsk, żeby wypoczywać? wypoczywa się na karaibach, na leżaku z drinkiem z obowiązkową parasoleczką). Pracowałem wspólnie z Bliźnim, Sławoszem, Kamilem i Maćkiem nad serwisem o wdzięcznej nazwie hobbil. Założenia hobbila się zmieniały raz na tydzień, nikt za bardzo nie wiedział co tak naprawdę chcemy osiągnąć, nie było jednej spójnej wizji, a co najgorsze mało było przekonania, że to jest ten projekt, który zaowocuje kasą (a że wszyscy są po trochu materialistami, to kwestia była dość ważna). Na szczęście wiedzieliśmy kiedy przestać i w porę zarzuciliśmy projekt. Nie będę tłumaczył jak ważne jest powiedzenie sobie: “to co do tej pory robiłem nie jest fajne, dalej tego nie będę ciągnął”. Chociaż patrząc na społeczeństwo i na to jak podchodzą nasi rodacy do porażki chyba jednak należałoby trochę poedukować. Zbyt dużo ludzi boi się, że inni będą patrzeć na nich jak na nieudaczników, jak na ludzi, którzy nie umieją niczego doprowadzić do końca. Więc brną dalej często nie myśląc nawet czy przypadkiem nie lepiej byłoby odpuścić.

Aktualnie pracuję nad różnymi innymi projektami. Jeden z nich jest niszowym serwisem i napiszę o nim na pewno jak już wyjdzie. Drugi jest zawiły, skomplikowany i dotyczy marketingu, więc w trosce o czytających to biednych ludzi (swoją drogą jeżeli dotrwaliście aż tutaj to twarde z was człowieki) oszczędzę tego bólu i nie będę wgłębiał się w szczegóły techniczne i ideowe całego przedsięwzięcia. Jak już kupię sobie własną wyspę, to na pewno będziecie wiedzieli o co chodzi. Trzeci “projekt” to praca nad stronami internetowymi i systemami CMS/CRM i innymi rzeczami, za którymi gonią teraz firmy. Bo z czegoś jednak trzeba żyć. Niestety ;-)

Kupiony dawno temu Miś, jak stał tak stoi i czeka na czasy, kiedy wreszcie liczba rzeczy, którymi się zajmuję (a właściwie ja, Bliźni i Sławosz) spadnie do poziomu tak niskiego, że będę mógł poświęcić biednemu niedźwiadkowi więcej czasu.

No i ostatniego dnia 2007 roku pierwszy raz w życiu przyczepiłem sobie do stóp dechy, popularnie zwane nartami, i podczas kilkugodzinnego zjeżdżania (to dużo powiedziane, ale pozwolę sobie użyć takiego uproszczenia) udało mi się nawet nie połamać, tudzież uznać innego uszczerbku na zdrowiu (lub życiu jak kto woli). Sukces! Mam nadzieję, że uda się to kiedyś powtórzyć.

Tytuł zawiera słowo podsumowanie, więc może podsumuję: 2007 całkiem spoko był ;-)

To było by na tyle w kwestii odpowiedzi na pytanie: “co w zarysie działo się ze mną przez poprzedni rok”. Ze słonecznego miasta dresów i pitbuli pozdrawia Imperator.